środa, 27 maja 2015

FB - 7 grzechów głównych

http://www.goodfon.su/catalog/miscellanea/
FACEBOOK.

Za dużo reklam.
Za dużo śmieci.
Za dużo czasu.
Za dużo wszystkiego.

Jednak większość z nas docenia również możliwości jakie fb oferuje.
Dlatego tu jesteśmy.
Dlatego piszę ten tekst. 
Bo każdy z nas może dołożyć swoją cegiełkę, aby fb był bardziej interesującym miejscem.


Fejsbukowicza 7 dobrych nawyków:

1. Lub to co rzeczywiście Cię interesuje.

Za każdym razem, kiedy przyciszkasz przycisk lubię to, FB dowiaduje się czegoś o Tobie i Twoich zainteresowaniach. Nie wiesz jednak jak automat to zinterpretuje i jaki wpływ będzie to miało na zawartość Twojej tablicy. Dlatego lepiej nie lubić wszystkich 
i wszystkiego.

*Pan imieniem Mat Honan, wykonał  eksperyment: przez dwa dni lubił wszystko co zobaczył na swojej tablicy. Trzeciego dnia 

w jego aktualnościach nie pojawiała się już żadna żywa istota. Same firmy i ich reklamy. Dla wnikliwych link do artykułu I liked everything I saw on facebook for two days, here's what it did to me

2.Ogranicz pisanie na tablicach swoich znajomych.

Kiedy piszesz na tablicy znajomych, w zależności od ustawień prywatności, mogą widzieć to jego znajomi, znajomi znajomych lub równie dobrze cały świat. 
Jeśli chcesz komuś wysłać wiadomość- wyślij ją na priv.
Albo napisz maila.
A najlepiej po prostu zadzwoń.

3. Wyłącz powiadomienia z FB (push messeages) na telefonie.

Naprawdę nie potrzebujesz wiedzieć, kiedy ktoś polubi Twój post lub komentarz.
Powiadomienia wciągają Cię głębiej i głębiej. 
Kończysz tracąc swój cenny czas.

4. Poczuj się jak wydawca.

Staraj się publikować posty, które ludzie chcą czytać.
Nie traktuj FB jak targu próżności. Pomyśl, że Twoi znajomi to klienci.
Co chcieliby zobaczyć, o czym chcieliby przeczytać?

5. Sprawdź skrzynkę wiadomości Inne
Najprawdopodobniej nawet nie wiesz o jej istnieniu.
Większość wiadomości w tej skrzynce to spam. Jednak możesz tam również znaleźć wiadomość od przyjaciela z czasów dzieciństwa, który sprawdza czy Ty to Ty.
(FB nie powiadamia Cię o takich wiadomościach - wszystkie znajdziesz po otwarciu skrzynki odbiorczej w katalogu Inne.)





6. Sprawdź  informację zanim udostępnisz.
Udostępnij i wygraj iphona, 
Zaginął pies (post sprzed 3 lat), 
50 zwycięzców będzie ogłoszonych jutro,
Wygraj wycieczkę do Disneylandu.
Weryfikuj, weryfikuj, weryfikuj.
Jak?
Sprawdź datę publikacji oryginalnego postu.
Przeczytaj komentarze pod postem.
Sprawdź autentyczność strony. Tylko 200 lajków i iphone do wygrania?
Myśl.

7. Nie musisz przekonywać ludzi, że jesteś super. Po prostu bądź.

Jest szansa, że wtedy Twój fb znów będzie bardziej przyjazny.
Nie tylko dla innych, ale również dla Ciebie.

Pozdrawiam, Sara


źródło: social.fixer.com



wtorek, 14 kwietnia 2015

O wdzięczności i znakach STOP

Jeśli jedynym słowem, jakim modlisz się przez całe życie, jest „dziękuję” – to wystarczy.
Mistrz Eckhart

Jadę sobie autem przez miasto i nagle przechodzę na inny wymiar świadomości. Myślę świeci słońce, jest pięknie, jestem zdrowa, mam zdrowych rodziców, dzień należy do mnie.  W dosłownie kilka sekund ogarnia mnie wielkie poczucie szczęścia. Zdarza mi się czasem to samo jak znajdę leśne poziomki, ktoś przepuści mnie w kolejce do kasy czy uśmiechnie się do mnie na ulicy. 

Wszechogarniające poczucie szczęścia często wywołują we mnie rzeczy, których  równie często w swoim dzikim pędzie nawet nie zauważam. Bezpowrotnie  przegapiając swoją szansę na chwilę radości.

Każdy chce być szczęśliwy. Dla każdego szczęście to coś innego, każdy dąży do niego na swój sposób, a jednak potrzeba szczęścia łączy nas wszystkich.
Dokoła nas jest sporo ludzi, którzy mają bardzo wiele, a nie są szczęśliwi. Bo chcą czegoś innego. Są też ludzie, których los doświadcza okrutnie i nikt nie chciałby być na ich miejscu  - 
a  są szczęśliwi. Dlaczego? Bo są wdzięczni.

Ponoć to nie szczęście wywołuje wdzięczność, tylko wdzięczność wywołuje szczęście. Wdzięczność  jest więc najprostszą drogą do szczęścia.
Trudno jednak być wdzięcznym za przeciwności losu, które nie oszukujmy się, życie ma w pogotowiu dla każdego z nas.
Wg pewnego mądrego mnicha (Dawid Steindl - Rast) nie chodzi o to, żeby być wdzięcznym ZA każde, nawet to przykre doświadczenie, ale o to, żeby być wdzięcznym w każdej danej  (nam) chwili. Bo każda dana (nam) chwila, to okazja.

Jak to zrobić?
Najpierw trzeba się prostu zatrzymać. 
Bo lecąc przez życie często nie dostrzegamy okazji jakie niosą ze sobą chwile.

Zatrzymaj się. 
Rozglądnij się. 
Dopiero wtedy działaj.

To takie proste.
I takie trudne.
Bo w życiu większości z nas nie ma znaków STOP.
Musimy sami je sobie postawić.

Przez całe wakacje w chacie nie mieliśmy prysznica i bieżącej wody w domu. (Poza małym kranikiem i podstawionym pod niego plastikowym wiadrem). Po weekendzie zawsze wracaliśmy do domu mocno przykurzeni i przybrudzeni. Pod koniec wakacji zamontowali nam wannę - nadal nie było baterii,  ale zagrzaliśmy na piecu garnki  z wodą i wykąpaliśmy się. Po raz pierwszy w naszej chacie na wsi, w ciepłej wodzie, 
a nie w beczce z deszczówką. Jakież to było szczęście. Cieszyła nas ta kąpiel  jak dzieci cieszy prezent od Mikołaja. Potem zamontowaliśmy krany i piec, a kąpiel spowszedniała. Postanowiłam nad wanną przykręcić tabliczkę „Gorąca kąpiel” - taki mój znak STOP, który  przypomina mi  uczucie radości z "pierwszego razu". Pozwala mi się zatrzymać za każdym razem kiedy wejdę do łazienki. Działa.


Jak już się zatrzymasz - rozejrzyj się dobrze. Otwórz oczy, uszy, nos i serce.
Dopiero potem działaj.
Możesz zrobić  wszystko to,  co życie umożliwia Ci w tej danej chwili. 

I uwierz  -  większości danych nam chwil oferuje  okazję do radości.





czwartek, 12 marca 2015

Szybciej i taniej. Część pierwsza: Mućki

W drodze do naszej chaty, na  polach przy Dunajcu w sezonie pasą się dwie krowy. 
Tylko dwie.
W lecie często mijam sędziwą staruszkę, a czasem sędziwego staruszka prowadzącego  je na powrózku do domu. To starsze małżeństwo  to jedyni gospodarze na Zarzeczu, którzy jeszcze trzymają krowy. Podobnie jest 
u moich rodziców - jedna Mućka na całą wieś.

A jeszcze nie tak dawno temu, krowa była obowiązkowym elementem polskiego krajobrazu.
Była żywicielką, która całymi latami żyła z rodziną pod wspólnym dachem i zapewniała pożywienie. 
Krasula - szanowana i zadbana przyjaciółka rodziny.
Cały boży dzień na zielonym pastwisku.

Gdzie się podziały nasze polskie krowy?

Ano w wielkich gospodarstwach. 
Na fabrycznych halach,  gdzie gnój sam się sprząta, stoją równo w rządku i wysysane przez zmechanizowane dojarki jedzą zmodyfikowaną paszę.
Więcej paszy, więcej mleka, więcej cieląt, więcej mięsa, więcej leków, więcej paszy, więcej mleka, więcej cieląt, więcej mięsa.

Żebyśmy wszyscy,  Ci z miasta i  Ci ze wsi, mogli  wygodniej (bez wyprowadzania krowy na pastwisko, przechowywania siana na zimę, codziennego zbierania na widły gnoju i wymagającego krzepy w rękach dojenia), szybciej i taniej dostać więcej mleka (z rocznym terminem przydatności do spożycia),  więcej masła (z domieszką różnych dziwnych olejów), więcej śmietany (która  nie przypomina  śmietany od wiejskiej krowy) i  więcej mięsa (napakowanego antybiotykami i  hormonami).

Tanio, szybko, dobrze.

Dokładnie taką samą historię mogłabym opowiedzieć  o świnkach, kurach, jajkach, chlebie, pomidorach czy ludzkiej pracy. 
Bo „Szybciej i taniej” dotyczy każdej sfery naszego życia.

Ale jak często „szybciej i taniej” znaczy „dobrze”?

               
p.s. Zaczęłam od krów,  skończyłam na „filozofowaniu” ;) plus mam ochotę  przynajmniej na 10 dygresji. Ale jak już pewnie zauważyliście staram się nie pisać długich tekstów. Trochę dlatego, że Droga Czytelniczko, Drogi Czytelniku jesteście czasem trochę zabiegani, a trochę dlatego, że wszystko zostało już gdzieś przez kogoś napisane. Sami jesteście w stanie eksplorować temat zgodnie z własnymi potrzebami. Jednak ponieważ, jak mówi jeden mądry kolega „piramida żywności już nie wie gdzie ma górę a gdzie dół” to temat pokarmowy na pewno będzie przeze mnie kontynuowany. Jeden wątek na raz. Pierwsza myśl za płoty.

Jeśli jest coś o czym powinnam napisać, wiedzieć daj mi znać :)

 zdjęcie: ©lau Diu

czwartek, 5 marca 2015

Małe (wielkie) rzeczy

Każdy z nas ma, miał, a jak nie miał to na pewno będzie miał marzenia.
Każdy z nas ma swój kierunek w życiu, a jak zboczy z kursu to pewnie  kiedys wróci na właściwy tor, a nawet jak nie wróci to też świat się nie skończy.
Jak to mówi koleżanka z zagranicy: "taki żivot".

W naszych czasach życie pędzi w takim tempie, że ciężko w tym wszystkim się ogarnąć i dostrzec  czego tak naprawdę chcemy. I po co w ogóle tu jesteśmy.
Żyjemy po to by kupić super mieszkanie, lepszy samochód, pojechać na super wakacje i tak można by wymieniać bez końca.
Wszystko to jest w porządku, wszystko to jest nam bardzo potrzebne, bez tego przecież nie można żyć. ;)
Zapominamy jednak w tym wszystkim o czasie dla siebie, o tym  co lubimy robić.
Szkoda nam czasu, bo przecież jak można lepiej wykorzystać czas, jak nie pracując.

Zostawmy już to zrzędzenie. :)

Przecież przestrzeń, w której się poruszamy daje nam wiele możliwości i o każdej porze roku wyciąga do nas rękę.

Wiosna daje największego "kopa", dzień jest coraz dłuższy, a przyroda budzi się do życia.

Wyjdźmy więc  z naszych domów i  spróbujmy na początek przeznaczyć 2 razy po minimum 30  minut w tygodniu na spacer po lesie, parku czy też okolicy, w której żyjemy.

Gwarantuję, że zauważycie rzeczy, obok których codziennie przechodzicie i NIE widzicie.
Te rzeczy  też potrafią  bardzo cieszyć, tak jak nowe mieszkanie, samochód i cała reszta.

Zabierzcie ze sobą kogo chcecie, albo wybierzcie się sami. Nie ma to w ogóle  żadnego znaczenia.
Nie zabierajcie za to  telefonu, to wyłącznie czas dla Was.
Nie spieszcie się, przecież czym jest 30 minut w skali dnia, tygodnia czy miesiąca.

To nie jest  żadna terapia, to nie jest też reklama żadnego suplementu, który jest dobry na wszystko.

Otwórzmy nasze serca, nawet te najbardziej zatwardziałe i ruszmy się bo ruch to zdrowie.
Otwórzmy nasze oczy, bo widzą tylko to na co im pozwalamy. Niech dostrzegą ważne rzeczy.
W Japonii  podczas słynnego święta Hanami  tysiące Japończyków podziwia kwitnące wiśnie bawiąc się przy tym jakby to był cud z obcej planety.

Wy też macie swoje miejsce na tej planecie więc korzystajcie z niego!



środa, 4 marca 2015

Pobyt w Chacie Miłośliwka


Chata Miłośliwka to niezwykłe miejsce, które powstało z  miłości do natury, do przestrzeni i do ludzi.




Zapraszamy Was do naszego domu, położonego na wzgórzu  Cebulówki, na skraju bukowego lasu, z widokiem rozpościerającym się na Łącko, malowniczą dolinę rzeki Dunajec i łąckie sady. 

 

Nasza lokalizacja zapewnia pełne odcięcie się od cywilizacji,  a co za tym idzie również pewne  ograniczenia.

Do naszej chaty, zwłaszcza w sezonie zimowym, trzeba dostać się na własnych nogach. Spacer pod górę trwa średnio ok. 20-30 minut, warto zabrać wygodne obuwie.  

W szczególnych przypadkach możemy zjechać po Gości terenówką *bezpłatna wywózka dotyczy  głównie osób  na dłuższy pobyt, z dużą ilością bagażu, z małymi dziećmi, w czasie burzy czy deszczowej pogody itp. 
Wszystkie dodatkowe kursy są płatne. 
W przypadku mocno ośnieżonej auto uruchamiamy na łańcuchach, tylko w sytuacjach awaryjnych.

Na dole jest gdzie zaparkować. 

Gości przyjeżdżających komunikacją publiczną możemy za dodatkową opłatą odebrać z przystanku.


OFERTA
Nasz dom to tradycyjna górska chata zbudowana  w całości z drewnianych bali. 
Bardziej przypominamy górskie schronisko o podniesionym standardzie niż pensjonat czy hotel.
Dom składa się z parteru: taras, salon, kuchnia, jadalnia, łazienka i pokój gospodarzy oraz poddasza: pokój Ziółko, pokój Błękitek, górny salon oraz łazienka.
Na terenie gospodarstwa znajduje się także wyremontowany Spichlerz z dwoma dodatkowymi pokojami  oraz łazienkami.
Do dyspozycji gości pozostaje salon, jadalnia, taras oraz miejsce na ognisko.
Ze względu na skosy na poddaszu spanie w niektórych pokojach zorganizowane jest na dobrej jakości materacach. Dokładna rozpiska  znajduje się poniżej.

Całe nasze gospodarstwo zajmuje powierzchnię 5ha, w tym 1ha sadu, 1,5 ha lasu bukowego oraz łąka.

POKOJE
Pokój Ziółko 2- 5 osób (dwa podwójne materace, jeden pojedynczy)
Pokój Błękitek  2-8 osób (cztery podwójne materace)
Górny salon (przechodni)  2-4 osób *wykorzystywany w przypadku grup i wynajmu na wyłącznosć
Pokój Gospodarzy 2-3 osoby (jedno podwójne łóżko, dostawka)
Pokój Gościnny (drugi budynek)  2-4 osoby (jedno podwójne łóżko, dwa materace)
Pokój Leśny (drugi budynek) 2-10 osób (10 materaców)

Salon z kominkiem - 2 osoby  *wykorzystywany w przypadku grup i wynajmu na wyłącznosć

*Istnieje możliwość wynajęcia całej chaty na wyłączność lub dla grup - cena do uzgodnienia.

WYŻYWIENIE i KUCHNIA 

W chacie dostępne jest domowe wyżywienie. Staramy się  gotować zdrowo oraz używać jak najwięcej lokalnych produktów. Jeśli czegoś nie jecie - mięsa, glutenu itp. nie stanowi to dla nas problemu - przygotujemy dla Was pełnowartościowy posiłek bez wykluczonych z Waszej diety produktów.

OKOLICA I ATRAKCJE

wiosna/lato/jesień 
Szlaki turystyczne: Gorce, Pieniny i Beskid Sądecki: Łącko - Szczawnica, Trzy Korony, Modyń, Gorc, Turbacz, Mogielica
Szlaki rowerowe
Dunajec -  10 min drogi od domu
Spływy pontonowe i kajakowe Dunajcem
Tor kajakowy
Park linowy w Krościenku
Kąpielisko w Czorsztynie
zima
Szlaki turystyczne: Gorce, Pieniny i Beskid Sądecki: Łącko - Szczawnica, Trzy Korony, Modyń, Gorc, Turbacz, Mogielica
Wyciągi narciarskie: Szczawnica - Palenica, Kluszkowce - Czorsztyn, Krościenko
Termy: Szaflary, Gorący Potok

LOKALIZAJCA I DOJAZD
To czerwone kółko na mapie to my. Adres to Czerniec 34. Lecz nie dajcie zwieść nawigacji, która najprawdopodobniej wyprowadzi Was do małej wsi Czerniec po drugiej stronie rzeki.
Aby do nas dojechać trzeba dostać się do miejscowości Zabrzeż i tam przejechać przez most na Dunajcu (Zawodzie Czernieckie).
W Zabrzeży:
- jadąc od Krakowa lub Nowego Sącza   od razu za kościołem w lewo;
- jadąc od Nowego Targu, Krościenka przed samym kościołem w prawo
Następnie przejeżdżacie przez most na Dunajcu (niebieska linia) i od razu za mostem w lewo. Jedziecie za asfaltową drogą, cały czas trzymając się lewej strony (jeśli jest rozjazd nigdy w prawo, ani prosto - zawsze asfaltem na lewo). Droga wraca do rzeki i jedziecie wzdłuż Dunajca. 
Potem przejeżdżacie pomiędzy drzewami, mijacie po prawej jedno gospodarstwo i zaraz dalej są kolejne zabudowania z garażem blaszakiem po lewej stronie. Parkujecie na placu przy garażu. *uzgodnione z sąsiadem
 Z tego miejsca macie do nas na nogach jakieś 20 minut drogi. Idziecie  dalej za asfaltem pod górę, asfalt skręca w lewo i po kilku metrach się kończy. Tam idziecie prosto w las leśną drogą, na pierwszym rozwidleniu w prawo i już do góry pod sam dom.

Można się do nas również dostać na nogach z Łącka - początkowo poruszacie się żółtym szlakiem, łódką przez rzekę (przeprawa darmowa i czynna do zmroku). W pewnym momencie odbijacie ze szlaku w prawo (wytłumaczymy Wam przez telefon dokładnie gdzie) i dochodzicie droga prosto pod nasz dom. To ok. 30 minut drogi z Łącka.
Współrzędne GPS 49° 32' 38.9184"  20° 26' 6.2592"


Zapytaj nas o szczegóły oraz cennik :)
rezerwacja@chatamilosliwka.pl
tel. 668 496 653 lub 509 156 266

*Przydatne informacje:
Prosimy o zabranie grubych skarpet lub kapci - w domu wszystkie podłogi są drewniane i nie chodzimy w butach. W chacie obowiązuje również bezwzględny zakaz palenia - na zewnątrz można palić co tylko się chce, włącznie z ogniskiem. 

Zapraszamy przez cały rok :)














środa, 25 lutego 2015

Oczy szeroko zamknięte

czyli o Tym, czego lepiej  łatwiej nie wiedzieć;

85 najbogatszych ludzi na kuli ziemskiej ma łącznie więcej pieniędzy niż 3,5 miliarda (połowa) mieszkańców Ziemi. To kwintesencja naszego powalonego świata.

Uwaga: Jeśli chcesz pozostać w błogiej nieświadomości nie czytaj dalej.
Ok. 50%  całego bogactwa naszej planety znajduje się w rękach 1% ludzi.

Jeśli Twój majątek przekracza w przeliczeniu 3650 dolarów to zaliczasz się do tej bogatszej połowy populacji Ziemi. Doceń to.

Jeśli Twój majątek przekracza 77 tys dolarów należysz do 10% najbogatszych ludzi świata.

Firmy farmaceutyczne wydają rocznie średnio 4 biliony dolarów rocznie na marketing skierowany do konsumenta czyli do Ciebie, 24 billiony dolarów na marketing skierowany do wypisujących recepty, czyli Twojego lekarza.

Wg danych BBC w  roku 2013 aż  dziewięć na dziesięć  firm "Big Pharma" wydało więcej pieniędzy na marketing niż na badania i rozwój.

W Polsce w 2013 roku na leki bez recepty wydaliśmy 9,6 miliardów złotych, a firmy farmaceutyczne wydają na reklamy leków blisko 80 milionów tygodniowo (6 razy więcej niż przemysł motoryzacyjny 
i dwa razy więcej niż cała branża finansowa z bankami na czele).

Większość marek produktów, jakie kupujesz na co dzień (w tym również kilka marek „eko”) należy do dziesięciu międzynarodowych korporacji: Kraft, Coca Cola, Pepsico, Mars, Johnson-Johnsons, Nestle, Unilever, Kellogg's, Mars, General Mills).
Powyższy fakt znacznie ułatwia prowadzenie kampanii promujących dany sposób żywienia i sztuczne składniki żywności. Również z wykorzystaniem mediów oraz  lekarzy i dietetyków.

*****

Teraz powinnam zaserwować Ci jakąś puentę czy refleksję,  ale chyba nic z tego nie będzie.

Wszystko zależy od tego, co postanowisz z powyższą wiedzą zrobić.

"Jeśli myślisz, że jesteś za mały aby coś zmienić, spróbuj zasnąć z komarem latającym za uchem" - Dalajlama XIV

*dane pochodzą ze źródeł: BBC, Oxfam, Credit Suisse, Bussines Insider; Grafika z popularnyi markami: Bussiness Insider, zdjęcia:Creapills

środa, 11 lutego 2015

Tomek z lasu ma jaja

Tomek z lasu ma jaja.
Tomek z lasu był na tyle odważny, żeby pójść za głosem serca.
No chyba, że to jakiś problem z lewą półkulą, tą odpowiedzialną za logikę i myślenie analityczne. ;)

Tomek wyjechał do Holandii.
Założył firmę.
Rozbudował firmę.
Zbudował dom.
Ożenił się.
Żona zaszła w ciążę.
Tomek sprzedał firmę.
Tomek rozdał rzeczy.
Tomek kupił campera.
I pojechali z żoną w świat.
Syn urodził się w Grecji. Dostał imię Elefterios - niosący wolność.
8 miesięcy później całą rodziną kupili bilety do Brazyli.
Podróżowali po Amazonii, Ekwadorze i Andach.
Wciąż szukają swojego miejsca.
Podróżują wspólnie przez życie.
Nie mają planów.
Mają dla siebie czas.
Są szczęśliwi.

Czy masz pójść ich drogą?
Nie.
Ale warto posłuchać rad Tomka, zwłaszcza jeśli chcesz zmienić coś w swoim życiu:

Nikogo nie naśladuj.
Znajdź sposób,  żeby dowiedzieć się czego Ty chcesz, gdzie Ty chcesz być i kim chcesz być.
Absolutnie pozbądź się telewizora. Jeśli chcesz oglądnąć Hobbita, nie ma sprawy, ale przestań oglądać wiadomości. Świat toczy wojna? Ludzie skaczą z okien? Ropa drożeje? W zoo urodziła się panda? 
To nie świat. Uwierz, że świat tak nie wygląda.
Zastanów się jak imprezujesz, jakimi ludźmi się otaczasz. Wokół dzieje się bardzo interesujących rzeczy, jest dużo ciekawych ludzi. Wyjdź z domu i testuj.
Jak Cię coś kręci - daj w to pełnego nura. 
Mniej myśl, więcej czuj.
Pij dobrą wodę.
Wybieraj lepsze pożywienie.
Jedz mniej mięsa. 
Oddychaj głęboko.
Głowa do góry.

I przejdź się czasem na samotną wędrówkę po lesie.

p.s. Dlaczego uważam, że warto posłuchać rad Tomka?
Tomek wybrał swoją drogę. Mieszkał w dżungli z 8 miesięcznym dzieckiem, nie szczepił go, 12 lat nie jadł mięsa, chodzi na bosaka.
Ale ani razu nie padły z jego ust słowa oceny - mieszkasz i pracujesz w mieście - to źle; jesz mięso? przestań bo to źle i niezdrowo; szczepisz dziecko? - jesteś niemądry.
Jestem przekonana, że jest pogodzony z sobą i szczęśliwy dużo bardziej niż Ci, którzy go oceniają i krytykują.
Dlatego właśnie, mimo, że  wcale nie musisz chcieć iść w jego ślady, warto go posłuchać.

Wysokie obcasy: Dżungla jak supersam

Masz odwagę podążać za głosem serca? Spełniasz swoje marzenia? Czy codzienność zwycięża?


czwartek, 5 lutego 2015

Misterna sztuka olewania


Jak to się dzieje, że w życiu często przejmujemy się rzeczami, które powinniśmy olać, a  świetnie idzie nam olewanie rzeczy, którymi powinniśmy się przejąć?

Każdy domorosły filozof to powie:  nie przejmuj się  rzeczami, których nie możesz zmienić. 
To, na co masz wpływ, możesz zacząć od nowa.
Szef Cię wykorzystuje? Powiedz mu to prosto w twarz. Albo Cię zwolnią, albo awansują. Olej to.
To co robisz nie daje Ci satysfakcji? Zmień swoje życie. Olej to.
Już o tym wspominałam, większość z Was zna kilka osób typu „specjalista ds. PR w dużym banku, sprzedał wszystko, przeniósł firmę do UK i przeniósł się z całą rodzina na Kostarykę”. 
Przejmował się? 
Nie. Olał to.

To prawda, że umiejętność olewania często prowadzi do sukcesu.
Oczywiście pod warunkiem, że tym czymś co olewamy nie jest nasze zdrowie…


Problem w tym, że my, ludzie ciągle się przejmujemy. Na każdym kroku „n i e   o l e w a m y”. 
Szef zwyzywał? Pół dnia zepsute. Ekspedientka  na kasie niemiła? 15 minut psioczenia. Niedzielny kierowca zajechał nam drogę? Nerw. Mąż nie zapytał jak minął dzień? Przykrość. Obsługa na stacji nie podeszła nalać do baku? Skarga. Górnicy strajkują? Wredne nieroby. Denerwujący artykuł? Hejt.

Gdybyśmy tak wszyscy potrafili nie przejmować się rzeczami, które powinniśmy olać i nie olewać rzeczy, którymi powinniśmy się przejąć. Gdybyśmy  opanowali misterną sztukę olewania nasze życie byłoby piękniejsze.

Mały człowiek nie rodzi się z umiejętnością olewania.
Wręcz przeciwnie.
Małe dziecko potrafi się rozpłakać o byle rzecz, but ma zły kolor, chcę inną kredkę, nie tą bajkę, gdzie jest mój klocek, chcę  ciastko.
Jeśli dzieci coś olewają to chyba tylko łzami.

To jako dorośli, dojrzali ludzie musimy opanować  misterną sztukę zarządzania olewaniem.
Musimy  nauczyć się świadomie wybierać rzeczy, którymi będziemy się przejmować.
Olewanie nie znaczy obojętności.
Olewanie znaczy zgodę na bycie innym.
Żeby olać przeciwności, trzeba najpierw przejąć się celem większym niż przeciwności.
Jogini mówią, że każdy człowiek ma w swoim życiu wyznaczoną ilość oddechów, dlatego nie należy  ich marnować,  trzeba oddychać świadomie.
Sztuka olewania zakłada, że każdy człowiek w swoim życiu ma wyznaczoną ilość rzeczy i osób, którymi może się przejąć. Nie wykorzystaj tego zbyt szybko. Bądź czujny, dbaj o to czym i kim się przejmujesz.

Bo jeśli w nie olejesz pewnych aspektów życia, to może się okazać, że życie oleje Ciebie.


wtorek, 3 lutego 2015

Mniszkowe wino

Mój tata od zawsze robił wina, z czego się da. 
Tam, gdzie się wychował było zawsze dużo jeżyn więc w lecie na stole zazwyczaj stał gliniany dzbanek pełen purpurowego płynu. 
Nie, żeby alkoholu się w domu nadużywało - każdy owoc własnoręcznie zbierany i wyciskany - dla zdrowotności.

Do produkcji win byłam więc przyzwyczajona 
i nie zwracałam więc uwagi na coraz to nowe składniki wrzucane przez tatę do gąsiora.
Przy mleczu nie wytrzymałam.
Zakwestionowałam.
"Cierpliwości drogie dziecko, sama zobaczysz. Wyjdzie".
No i nie dość, że wyszło, to szybko zeszło.

W zeszłym roku, widząc mnogość mniszka na naszych łąkach postanowiłam powtórzyć eksperyment. I zdecydowanie polecam. Bardzo lekkie, aromatyczne wino o słomkowym zabarwieniu i ciekawym smaku przywołuje wspomnienie wiosennej łąki.
Jak wszystko co dobre wymaga trochę pracy, ale przy stole budzi dużo dobrych emocji.


Na ok. 4,5 litra wina potrzebujesz:
wywar z szypułek mniszka - ok. dwa litry kwiatów
syrop cukrowy - 1,2 - 1,4 kg cukru - jak ktoś lubi słodsze to więcej
garść rodzynek
sok z 2 cytryn
pomarańcza *alternatywnie
drożdże winne do wina białego np. tokaj, madera
pół łyżeczki pożywki
gąsior - w tym przypadku 5 litrów

Drożdże winne - drożdże nastawiamy wg przepisu z opakowania, ja do wody z cukrem  dodaję jeszcze kilka rodzynek. ( Uwaga: drożdże potrzebują około 4 dni żeby zacząć pracować dobrze jest więc nastawić je tego samego dnia co wywar).

Wywar z kwiatów mniszka - kwiaty zbieramy 
z dala od drogi i wyskubujemy  z szypułek same żółte płatki. (Można ewentualnie nastawić całe kwiatostany, ale wino będzie wtedy miało więcej goryczy).
Płatki przekładamy do garnka, zalewamy wrzątkiem (około 2-3 litry), tak aby wszystkie przykryć i odstawiamy na 
4 dni.  W tym czasie woda wyciągnie z kwiatów cały aromat i pyłek. Do wywaru można dodać alternatywnie pomarańczę lub trochę otartej skórki z cytryny i/lub pomarańczy.

Syrop cukrowy - cukier rozpuszczamy w 1 litrze wody, podgrzewając na wolnym ogniu po czym odstawiamy do przestudzenia.

Po 4 dniach przecedzamy wywar z kwiatów - będzie on miał lekko brunatny kolor - i wlewamy go do gąsiora. Dodajemy syrop cukrowy, sok z cytryny, rozpuszczoną w małej ilości wody pożywkę 
i pracujące drożdże. Jeśli wywaru wyszło mniej niż 2 litry, można dolać trochę przegotowanej wody. Zatykamy gąsior rurką fermentacyjną i odstawiamy na 8 tygodni. Po 8 tygodniach wino zlewamy do butelek - ja do każdej  butelki dodałam jeszcze po dwie rodzynki.

Teraz butelki najlepiej schować i zapomnieć o nich.
Tak na kilka miesięcy, bo dopiero wtedy wino nabiera dojrzałości.

Na zdrowie:)


środa, 28 stycznia 2015

Od przybytku głowa... boli

O rzeczach niepotrzebnych.

W 2008 roku wprowadziłam się do nowego mieszkania.
Podczas przeprowadzki przewiozłam strasznie dużo bibelotów i po dwóch dniach mieszkanie wyglądało jakbym w nim mieszkała od lat.

To dlatego, że w życiu raczej wyznawałam zasadę „jeśli coś wyrzucę to na pewno wkrótce będę tego potrzebować”.

Staram się naprawdę raz na jakiś czas robić generalne porządki i wyrzucać (lub przynajmniej wynosić do piwnicy) rzeczy niepotrzebne, ale segregacja chyba idzie mi kiepsko.

Jakiś czas temu mieszkał u mnie chwilę kolega, potrzebował mieszkania „od zaraz” więc wprowadził się po kilku dniach i  sam spakował mnie do kartonów. Do dziś szydzi z ogromnej ilości pudełeczek i portfelików na rzeczy różne. „ Ty Sara jak zapełniłaś jedno pudełeczko z portfelikami i bibelotami to po prostu zakładałaś sobie kolejne, masz takich pudełeczek dziesiątki - tu masz wszystkie, proszę. P.s. jesteś nienormalna.”

I tym sposobem poza dziesiątką portfelików z wizytówkami, ulotkami, starą biżuterią (której nigdy nie założę), tasiemkami, guzikami do ubrań, których już nie noszę, mam również swoje notatki i zapiski ze studiów, ubrania, w które już raczej nigdy się nie zmieszczę, kilka par butów, które założyłam raz żeby stwierdzić, że jednak są odrobinę za małe, podręczniki do hiszpańskiego, angielskiego, niemieckiego i francuskiego (te do francuskiego akurat zostały po koledze), dwie pary nart, stare wiązania snowboardowe* masę kurzu i pękającą w szwach piwnicę".
* Wyjątkiem jest snowboard szczęśliwie użytkowany od roku przez moją koleżankę.

A znów zamierzam się przeprowadzić.

Dlatego postanowiłam pozbyć się większości rzeczy i zmienić zasady gry.
"Odtłuszczam mieszkanie".
Wszystko w moim domu musi być użyteczne  lub piękne.

Mniej rzeczy to mniej  kurzu i mniej sprzątania.
Mniej rzeczy to więcej przestrzeni do życia.
Lepsza koncentracja i odpoczynek.
Wcale nie muszę trzymać w domu wszystkich  nietrafionych prezentów.
Jeśli coś kupuję zastanawiam się 10 razy czy na pewno tego potrzebuję.
Jeśli kupuję nową rzecz, pozbywam się starej.
Pozbywam się ubrań i rzeczy, których nie założyłam lub nie używałam od roku. 
Nie potrzebuję 19 kubków na herbatę.
Nie potrzebuję 5 różnych patelni i 10 garnków i starego aparatu fotograficznego
Wyrzucam wszystkie niepotrzebne papiery, przeterminowane gwarancje, kwity i notatki ze studiów. Te z danymi personalnymi niszczę w niszczarce lub palę. Co mogę skanuję i przegrywam na dysk.

A najważniejsze, są tacy, którym moje rzeczy mogą się bardzo przydać.

Można  pozbyć się rzeczy oddając je do fundacji, wystawić ogłoszenie na Internecie w sekcji „oddam za darmo” lub zanieść do komisu.

Gdyby ktoś chciał się czegoś pozbyć to w Krakowie istnieje fundacja, która otworzyła dwa sklepy charytatywne.( W innych miastach nie wiem, ale chętni na pewno poszukają)."Largo"  rzeczy niepotrzebne zamienia  na pieniądze dla potrzebujących. (Dla mających styczność z UK coś na kształt ichniejszych Oxfamów).
Sklepy przyjmują  wszystko: obrusy, książki, narzuty, szklanki, kubki, talerze, ubrania, obuwie, biżuterię. Właścicielki zapraszają wszystkich, którzy mają rzeczy niepotrzebne - „Nie wyrzucajcie ich. Oddawajcie, kupujcie, pomagajcie…”

„Perfekcję osiąga się nie wtedy, gdy nie można już nic więcej dodać, lecz wtedy, gdy nie ma czego odjąć” - Antoine de Saint- Exupery

Artykuł o Fundacji Largo oraz adresy sklepów

poniedziałek, 19 stycznia 2015

Cena za marzenia


Chciałabym zrobić wszystko.

Wyremontować dom na wsi, zbudować dom w Azji, pracować przy 4 projektach, odnosić sukcesy w pracy, mieć wolne weekendy, mieszkać w mieście, mieszkać na wsi. Nauczyć się hiszpańskiego, niemieckiego i rosyjskiego. Spędzić spokojne wakacje w chacie, wyremontować oborę, założyć ogródek warzywny i lecieć w podróż dookoła świata,  jechać na narty i na weekend na Sycylię. Pójść na kurs stolarski, chodzić na jogę, regularnie biegać, gotować, odnawiać meble, przy tym jeszcze urodzić dziecko albo dwa, jechać na nurkowanie, nauczyć się pływać na kajaku, przeczytać 100 książek w ciągu roku, zrobić studia podyplomowe z zielarstwa 
i podróżować.

Chcę wchłonąć cały świat, spróbować wszystkiego, więc pędzę,  pędzę, by ze wszystkim zdążyć.
Jestem jak dzieciak w sklepie z cukierkami, chcę zjeść wszystkie naraz.
Tylko w przeciwieństwie do dziecka wiem, że nie dam rady.  
Znacie to uczucie?

Remont mojej i Lubego wymarzonej chaty prawie całkowicie zjadł i strawił nasz rok 2014 jeśli chodzi o czas, energię i fundusze.
W listopadzie 2013 dom był bezwładną kupą belek, w grudniu 2014 świętowaliśmy w nim Nowy Rok z rodziną i przyjaciółmi. 
W tygodniu oboje pracowaliśmy na etatach,  wieczorami i w weekendy przy budowie. Prawie wszystkie wolne dni spędziliśmy robiąc coś przy domu. Nasze życie towarzyskie praktycznie ograniczyło się do znajomych,  którzy mimo mało komfortowych warunków decydowali się nas odwiedzić, często również pomóc.  Każde weekendowe wyjście, ślub znajomych, urodziny przyjaciół czy wyjazd "nie do chaty" powodował zaległości, które  trzeba było nadrobić.
Mimo wszystko postanowiliśmy nie rezygnować z prawdziwych wakacji. Trochę odetchnęliśmy, za to finansowo grudzień zakończyliśmy na mocnym minusie.
Udało się, nie zwariowaliśmy, ale oboje pod koniec 2014 byliśmy całkowicie wyczerpani.
I oboje wiedzieliśmy, że nie udźwigniemy kolejnego takiego roku. 
Z czegoś trzeba zrezygnować.

To co już wiedziałam (ale łatwiej mi było żyć nie przyznając się do tego) już całkowicie - mocno i młotkiem - wbił mi do głowy artykuł Olivera Embertona.

Nasze mózgi zachowują się jak piłka plażowa wypełniona pszczołami. Setki sprzecznych impulsów pcha nas w różnych kierunkach.
Ludzie nigdy nie chcą robić jednej rzeczy. Chcą robić wszystko. Jednocześnie ćwiczyć, uczyć się hiszpańskiego i iść na pizzę. Każde z naszych nieskończonych pragnień działa niezależnie i stara się przesunąć piłkę egoistycznie, w wybranym przez siebie kierunku.
Dlatego zazwyczaj piłka zmierza donikąd, jest kontrolowana bardziej przez ukształtowanie terenu niż przez wolę tego, co jest 
w środku.

Tak żyje większość z nas. Ciągle targani sprzecznościami, ciągle narzekający na brak czasu.

Oliver Emberton pisze, że nie wystarczy mieć świetnego pomysłu. Bo wielu ludzi ma świetne pomysły. Problem w tym, że zbyt duża ilość dobrych pomysłów wzajemnie się wyklucza. 
Im więcej kierunków obierzesz, tym mniejszy dystans pokonasz.
Wyobraź sobie, że chcesz polecieć na Marsa i zależy od tego Twoje życie. Co robisz? Najprawdopodobniej rzucasz wszystko inne. Stajesz się gigantyczną pszczołą pchającą piłkę na Marsa.
Od Edisona po Einsteina maniakalna koncentracja na jednym celu jest prawdopodobnie najważniejszą strategią na osiągnięcie sukcesu.
Jeśli  zaś chodzi o  sam cel, to wg autora artykułu  powinniśmy się ograniczyć do 3 sfer życia -np.  praca, dom, czas wolny. Wybieramy jedno dążenie dla każdej ze sfer i kierujemy cały nasz potencjał na osiągnięcie punktu docelowego.

Ludzie nie odnoszą porażek przez brak potencjału.
Ludzie odnoszą porażki, bo ich potencjał jest rozdrobniony na zbyt wiele kawałków.

Jeśli chcesz spełniać swoje marzenia, musisz  się zdecydować. 
Wybrać jeden kierunek i twardo powiedzieć nie dla wszystkich alternatyw. 
To nie jest łatwe, ale jeśli chcesz spróbować,  teraz przynajmniej znasz cenę.